Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 marca 2014

Wycieczka inspirowana prasą sprzed stu lat


W grudniu, a dokładnie 17 grudnia gazety sprzed stu lat donosiły o pożarze zamku w Skwierzynie, tudzież Schwerinie. Zamek był opisywany jako jedna z najwspanialszych, o ile nie najwspanialsza rezydencja niemiecka. Czy po stu latach (i po pożarze) wygląda równie wspaniale? Postanowiliśmy to sprawdzić. Wygląda imponująco! Siedziba książąt meklemburskich wygląda jak z bajki.
Dziś jest to nie tylko muzeum, ale także miejsce obrad parlamentu landu Meklemburgia-Pomorze Przednie. Samo miasto jest ciągle nieodkryte. Chyba także przez samych Niemców. Przyciąga niespieszną atmosferą, czystymi ulicami i fantastycznymi miejskimi krajobrazami z porządnym rynkiem, strzelistą wieżą kościoła i właśnie zamkiem.
Gazety sprzed stu lat nawet dziś bawią, uczą i dostarczają pomysłów na weekendowe wycieczki. Polecamy! :)

sobota, 21 grudnia 2013

21 XII 1913, niedziela: może bierabend?, nie można być durnym, by wykopać urny, reakcja pogańska i reakcję harcerska na nią, Fado i maszyna parowa w sam raz pod choinkę


„Kurjer Poznański” utyskuje nad dynamicznym rozwojem turystyki konferencyjnej w Poznaniu, w którym odbędzie się zjazd nauczycieli niemieckich. Oczywiście będą się zastanawiać jak dziec nam germanić. Program przewiduje bogaty program incentive: „jakiś tam taniec narodowy” i „bierabend”. Czujecie klimat?


P. S. Wtrącimy małą dygresję: skecz pochodzi z jednego z dwóch odcinków „Latającego Cyrku Monty Pythona”, które powstały na zlecenie niemieckiej telewizji ARD. Nie wszyscy członkowie zespołu władali niemieckim, więc nauczyli się swoich kwestii fonetycznie.
* * *
Gdybyście chcieli uczyć się na pilota, to będziecie mogli w Pile. A w takim Koronowie pan Draheim znalazł kilka urn. Ich opis sugeruje, że są to urny twarzowe, czyli rzeczy typowa dla kultury pomorskiej (VII-III w p.n.e.), jakby kto pytał. Możemy spłycimy sprawę, ale my po prostu lubimy te zdziwione „dzióbki”. No i ten piercing. ;)
* * *
Na koniec artykuł o wychowaniu dziewcząt przez skauting, tudzież harcerstwo. Nas ujął pełen moralnego wzburzenia wstęp księdza doktora Lutosławskiego o tym, że mamy do czynienia z reakcją pogańską. Sto lat później będziemy mieli gender - jeszcze bardziej łakomy kąsek dla księży doktorów.



„Postęp” z końcem roku zaczyna nęcić potencjalnych prenumeratorów. Na pierwszej stronie reklamuje się jako „jedyne w zaborze pruskim katolickie i polskie pismo antyżydowskie”. Hm.
* * *
Przykuwa uwagę lakoniczna wzmianka o podwójnym morderstwie dokonanym przez hrabiego Mielżyńskiego.
* * *
W dziale reklam wzmianka o „żywym gwiazdorze” czekającym na dziatki w sklepie Kałamajskiego. Co ciekawego, już sto lat temu takie akcje uchodziły za amerykańskie.
* * *
W wydaniu świątecznym dodatek „Biesiada”. Z niego zaczerpnęliśmy już tradycyjnie czerstwy przedni dowcip i kawałek portugalskiego Fado.





Z „Dziennika” mamy wzmiankę o zdrowych małżeństwach. By się ożenić, tudzież wyjść za mąż, trzeba przedłożyć zaświadczenie lekarskie. Bardzo słusznie.
* * *
Gorączka przedświątecznych zakupów na ostatniej prostej, jeśli można tak powiedzieć. Jeśli nie macie prezentów, to mamy dla Was kilka pomysłów. Nam się marzy maszyna parowa.

piątek, 20 grudnia 2013

20 XII 1913, sobota: Hakata-gate, gdzie burmistrzów 153, tam trudno wybrać tego jednego, a do tanga trzeba dwojga, z tym że żadne z dwojga nie będzie z Argentyny


Jest afera! 20 grudnia 1913 roku „Kurjer Poznański” ujawnił dokumenty Ostmarkenverein, czyli Hakaty, z których wynika, że kroi się antypolski spisek we współpracy z – a jakże – Rusinami!
* * *
Tymczasem w Jutrosinie ustępuje ze stanowiska burmistrz, który piastował tę funkcję przez lat trzydzieści i cztery! Jego naśladowcy sto lat później na razie dobili ledwie do piętnastu lat na najważniejszym miejskim urzędzie. Trochę niepokoi, że na jego miejsce zgłosiło się 153 kandydatów. Dziś też znalazłoby by się paru, ale niestety żaden taki, co by zagrozić mógł panom, co to są z zawodu prezydentami.
* * *
W 1913 roku w Europie szalała moda na tango. Tango tańczy cały Paryż, a wraz z nim pół Europy, a nawet syn Wilhelma II. Chyba z tatkiem się nie lubią, bo ten wprowadził zakaz tanga. By dociec źródła tego fenomenu warto przeczytać wywiad z Don Enrico Laretto, posłem argentyńskim. Otóż tango w Argentynie jest tańczone jedynie przez jakieś męty w poślednich barach, zwanych zgrabnie tingel-tanglami. Na szczęście w Paryżu jest przynajmniej jedno miejsce, gdzie tango nie jest tańczo – poselstwo argentyńskie.

czwartek, 19 grudnia 2013

19 XII 1913, piątek: nie trzeba iść do dentysty, za dużo narzeczonych, wpływ Wagnera na psychikę i plaga deweloperów


Dziś w „Dzienniku Poznańskim” przeczytaliśmy wiadomość o strajku dentystów w Niemczech. Zgodnie z nieco zapomnianą dziś sztuką dziennikarską podamy sam obiektywny fakt, a czy to dobrze, czy źle niech czytelnicy rozsądzą sami.
* * *
W Berlinie skazano kupca Gustawa Mayera za oszustwo. Polegało ono na tym, że oświadczył się dwunastu pannom naraz. Jakby sam ten fakt nie był dostateczną karą...
* * *
Tymczasem w Budapeszcie podczas trzeciego aktu „Lohengrin” Wagnera wtargnął na scenę nagi mężczyzna i wyrwał dyrygentowi batutę. Oczywiście uznano go za obłąkanego. A my myślimy sobie tak: jeśli idzie o ciężar gatunkowy, to Wagner rymuje się z ołów. Ponadto cała opera ma prawie cztery godziny. I tak facet długo wytrzymał. Spróbujcie sami, czy aby gdzieś w połowie drugiego aktu nie nabierzecie ochoty by wyskoczyć z ubrania i wyrwać dyrygentowi batutę.


* * *
Na koniec coś aktualnego (niestety). Także sto lat temu zapędy, jakbyś dziś powiedzieli, deweloperów wzbudzały protesty. To coś dla zwolenników poglądu, że kiedyś to było, kiedyś to się szanowało dziedzictwo. No i Kraków jeszcze stoi. Nie żeby było idealnie, ale jakoś się trzyma.

środa, 18 grudnia 2013

18 XII 1913, czwartek: co powiedział Wilhelm, dlaczego w Pradze sobie nie poczytali, kradzież na celebrytę sto lat temu i co ma wspólnego poznańskie muzeum z Luwrem?


Dziś zainteresowało nas kilka kąsków z „Dziennika Poznańskiego”. Dawno nie wspominaliśmy o naszym ulubieńcu sprzed stu lat, czyli z łaski Bożej cesarzu niemieckim, królu Prus, margrabim Brandenburgii, burgrabim Norymbergi, hrabim Hohenzollern, suwerenie i wielkim księciu Śląska oraz hrabstwa kłodzkiego, wielkim księciu Nadrenii i Poznania, księciu Saksonii, Westfalii i Angarii, Pomorza, Lüneburga, Szlezwiku, Holsztynu, Magdeburga, Bremy, Geldrii, Kleve, Julich i Bergu, jak również Wendów i Kaszub, Krosna, Lauenburga, Meklenburga etc. landgrafie Hesji i Turyngii, margrabim Górnych i Dolnych Łużyc, księciu Oranii, księciu Rugii, Fryzji Wschodniej, Paderborn i Pyrmontu, Halberstadt, Münster, Minden, Osnabrück, Hildesheim, Verden, Kamienia, Fuldy, Nassau, Mörs etc. uksiążęconym hrabim Hennebergu, hrabim Marchii, Ravensburga, Hohenstein, Tecklenburg i Lingen, Mansfeld, Sigmaringen i Veringen, panu Frankfurtu, etc. etc., dla przyjaciół Wilusiu.
Ponoć w 1913 roku krążyła anegdota, że jeśli nie chce się spotkać cesarza, to trzeba jechać do... Berlina. Istotnie, Wilhelm II lubował się w podróżach – tych służbowych i tych prywatnych (choćby corocznych rejsach swym jachtem). W każdym razie, będąc w Monachium walnął mowę, a jak już cesarz powie, to jest powiedziane. Dlatego też „sławił potęgę Niemiec na morzu i lądzie. Zadał też fundamentalne pytanie „czy potomkowie wielkich ojców, którzy zbudowali rzeszę niemiecką, są godni i zdolni spadek utrzymać”? A my na to: Monty Python.


* * *
Tymczasem w Pradze równe sto lat temu raczej nie siedzieli sobie z gazetką przy pilznerku i knedlach, a to z powodu strajku zecerów. Jeśli ktoś sto lat później nie wie o co chodzi, to przypominamy, że to zecerzy to byli ci goście, co ręcznie układali literki, żeby całość potem odcisnąć na papierze. Tak, kochani, tak powstawały książki i gazety.
* * *
Natomiast we Włoszech ruszył proces nauczycielki, która wyłudzała pieniądze, podając się za nieślubne dziecko królowej-matki Małgorzaty. Zastanawiamy się jak to wyglądało? Pani Pia Passini Rizzi podchodziła do kupca, przemysłowca lub zakonnicy i mówiła: – Buongiorno, jestem nieślubną córką królowej-matki, o której nikt nie wie, daj mi pieniądze. – Hm, córka królowej? A, to proszę... Z drugiej czy dziś takie rzeczy się nie zdarzają?
* * *
źródło: wyborcza.pl
Kończymy obszerniejszą relacją z odzyskania „Mona Lisy”, o czym pisaliśmy już wcześniej. – Przekonałem się kiedyś [...], że obraz można z łatwością zdjęć ze ściany. Tylko rama była nieco ciężka. [...] Schowałem obraz pod mą bluzą robotniczą i wyszedłem z Luwru – wyznał winny kradzieży Vincenzo Perrugia. Owe specyficzne standardy bezpieczeństwa, znane w Luwrze sto lat temu dobrze się przyjęły w poznańskim Muzeum Narodowym, skąd w równie „wyrafinowany” sposób skradziono całkiem niedawno „Plażę w Pourville”, notabene jedyny obraz Moneta w Polsce. Na szczęście obie historie łączy także to, że dzieła odzyskano, a za ich uprowadzeniem stały nie koniecznie merkantylne przesłanki.

wtorek, 17 grudnia 2013

17 XII 1913, czwartek: Skwierzyn, Skwierzyna – wszystko Schwerin i się pali, zdrowe papierosy, czym było rajfurstwo, co było złego w zupie z żyta i wódeczce, nowy drednot atakuje i inne różności


źródło: Wikimedia Commons
„Postęp” donosi o pożarze zamku w Skwierzynie. Dziś właściwie mamy jedno miasto o tej nazwie. Jest położone nad Wartą, w województwie lubuskim. Mieszkańców jakieś 10 tysięcy, zamków zero, szczególnie takich z kategorii „najwspanialszych w Niemczech”. Bynajmniej nie dlatego, że spłonęły. Skwierzyna to po niemiecku Schwerin. Przy czym jest to także nazwa stolicy Meklemburgii-Pomorza Przedniego, a tam zamek już niczego sobie. Dziś Schwerin to po prostu Schwerin, a Skwierzyna to Skwierzyna, choć ten Schwerin zdarza się tłumaczyć jako Skwierzyn (bez „a” na końcu).
* * *
Artykuł „Obawa przed chorobą” jest w istocie reklamą, ale my właściwie nie o tym. Raczej o tym, że chodzi o papierosy, które od paru lat są na cenzurowanym. Tymczasem tutaj dowiemy się, że „niewinne napozór papierosy nie mogą wpłynąć ujemnie na zdrowie osobnika”. Oczywiście chodzi tu o to, że tanie podróby mogą być szkodliwe. Co innego takie dajmy na to „Doktorskie” z fabryki Dubek M. Droste. Z czasem palacza nabywa „moralne przekonanie, iż żadną miarą nie odddziaływają one szkodliwie na stan jego zdrowia”. Hm.



źródło: Wikimedia Commons
Z „Wielkopolanina” zaczerpnęliśmy przegląd wieści ze świata bliższego (Rawicz) i dalszego (Frankfurt nad Menem). W pierwszym znów samobójstwo. Gdyby sądzić po doniesieniach gazet sprzed stu lat, to cud, że do dziś ktoś jeszcze dożył. W tym ostatnim mieście aresztowano „zbrodniczego lekarza”. Nas uwiodło słówko, nieco zapomniane, użyte do opisania procederu, którym się parał ów doktor. Otóż było to rajfurstwo, czyli, jakbyśmy powiedzieli sto lat później: stręczycielstwo, czerpanie korzyści z nierządu.
* * *
Mamy też wykładnię historii „po prusku”, która wzburzyła redakcję „Wielkopolanina”. Nam się najbardziej spodobało to, że „Ludzie żywili się zupą z żyta (!) i pili chętnie wódkę”. Czyli tak źle chyba nie było? 
* * *
Jeszcze wzmianka o największym krążowniku floty brytyjskiej, zwodowanym w 1913 roku. Tiger należał do generacji drednotów – nowoczesnych, szybkich i silnie uzbrojonych okrętów, które pojawiły się w 1906 roku. HMS Tiger służył do 1931 roku, a po drodze został kilka razy modernizowany. Na przykład w 1917 roku dorobił się platformy do startu samolotów z jego pokładu.



Kończymy przeglądem „Dziennika Poznańskiego”. Gdybyście szukali lornetki teatralnej (swoją drogą nieco zapomniany, a przecież przydatny gadżet), to mamy dla Was kilka porad jak taki sprzęt kupować. W 1913 roku modne były lornetki wykończone perłową macicą, raczej lekkiej, z niezbyt długą rączką.
* * *
Poza tym reklamy. Ruszała sprzedaż bożonarodzeniowego piwa bock, tudzież koźlaka. Natomiast pan Hipolit hurtowo oferuje wina. Wzmiankujemy o tym, bo spodobała nam się secesyjna oprawa jego anonsu.

piątek, 6 grudnia 2013

6 XII 1913, sobota: omówienie problemów sztuki i internetu z perspektywy stu lat


Zaglądamy do „Dziennika Poznańskiego”. Powiązany z pruskimi władzami wójt gminy Wystruć, czyli Czerniachowska (Prusy Wschodnie) zwrócił się do listonosza i urzędnika pocztowego z propozycją podania adresów prenumeratorów nieprawomyślnych, polskich pism. Spotkał się z odmową. Dziś propozycja nie byłaby konieczna taka propozycja. Wszystko mamy na Gmailu i Facebooku, dostępne na tacy na życzenie władz. Oczywiście dla naszego dobra. Taki to mamy podstęp w porównaniu z 1913 rokiem.
* * *
To może coś o artystach. Szczególnie, że wątek ochrony praw autorskich jest dziś bardzo żywy. W końcu mamy internet, ściągamy muzykę, filmy, książki często nie oglądając się na to, czy autorzy tych dzieł otrzymają należną im zapłatę. Coś podobnego spotkało słynnego rzeźbiarza Augusta Rodina w 1913 roku. W oknie galerii dostrzegł wykonaną z brązu statuę podpisaną swoim nazwiskiem. – Ten knot nie jest moim dziełem – oświadczył. Sprawa wylądowała w sądzie. Tymczasem finał sprawy był taki, że był to jak najbardziej autentyk, z tym że powstały na początku kariery rzeźbiarza... Tego dzieła Rodin po prostu nie pamiętał lub nie chciał pamiętał. Dziś też mamy takich artystów, co wytwarzają produkty sztuki w ilościach nawet nie hurtowych, a po prostu przemysłowych (i jeszcze lubią o tym opowiedzieć z telewizora, choć jeszcze nie w programie „Mam talent”... Kwestia czasu?). Ciągle żywym problemem nie byłoby zatem piractwo sztuki, a raczej jej umasowienie. To na koniec taki skeczyk, poniekąd z Rodinem.


czwartek, 21 listopada 2013

21 XI 1913, piątek: czeska agresja, motyle w listopadzie, lwie porykiwania i skubanie szlachty


Po wczorajszej przerwie (nasze ulubione gazety sprzed stu lat nic nie piszą o przyczynach, więc zgadujemy, że było to jakieś niemieckie święto) wracamy do przeglądu prasy. Czesi bezprzykładnie napadli na Wiedeń, nazywając go miastem zniedołężniałem. Ta czeska agresja...
Poza tym, „Dziennik” w tonie dramatycznym donosi o wzroście liczby rozwodów. Przy czym „najwygodniejszy z motywów do rozwodów, 'wstręt wzajemny utracił już na swej pierwotnej mocy”. Tendencja wzrasta do dziś. Prasa docieka przyczyn. My znamy przyczynę: podstawowym powodem rozwodów są śluby.
Na koniec anegdotka z poznańskich ulic: złodziej powstrzymał ścigającego go policjanta, rzucając mu pod nogi swój płaszcz. Z dokumentami. I jeszcze zagadka (do rozwiązania we własnym zakresie): jaką grę nazywano kiedyś pięstówką?



„Kurjer Poznański” zainspirował nas dziś do ponadczasowym utyskiwań nad mediami i sztuką. Te pierwsze oczywiście się „tabloizują”. Zajmują bzdurami, bo kiedyś to było inaczej! Sprawy były poważniejsze, a redaktor to był ktoś. I pisano na przykład o motylkach w listopadzie.
A sztuka? W Berlinie wystawiono spektakl, polegający na tym, że śpiewaczka Emma Destimowa wystąpiła w klatce z lwami. Publiczność była nieliczna, ale doborowa. Składała się bowiem ze „znakomitych artystów i gwiazd teatralnych”, jak na wernisażach w domach kultury.
Za każdym razem, gdy śpiewaczka choć trochę podniosła głos, lew leżący na fortepianie zaczynał groźnie mruczeć. Dlatego też występ w istocie był z playbacku. Głos dobywał się z ustawionego obok klatki gramofonu. A to wszystko równo sto lat temu, w roku 1913.



„Wielkopolanin” przynosi wieści z dalekiej Ameryki, ze stanu Oregon. 50 zamożnych kolonistów szukało żon. Właściwie domagało się dostarczenia im połowic: zdrowych, wesołych, rumianych i skromnych. „Czegoż to ludzie nie żądają od władzy?” pyta retorycznie redakcja. Jak żyć, chciałoby się dodać. Tymczasem rząd amerykański postanowił wspomóc swych kolonizatorów, rozwieszając ogłoszenie w całym kraju. Niestety ze skutkiem mizernym. Jedynie trzy panny – ufamy, że zdrowe, wesołe, rumiane i skromne – były łaskawe dać się dostarczyć do Oregonu. „Łatwo obliczyć, iż jeszcze 47 [kolonistów] wzdycha do stanu małżeńskiego, chyba, że ich do tego zniechęcił widok trzech swych 'szczęśliwych' towarzyszy”, kwaśno konkluduje „Wielkopolanin”.

* * *

Na koniec coś z „Postępu”. Dziennik ten epatuje czymś, co nas wyjątkowo osłabia, czyli antysemityzmem. Przeczytamy o procesie w Piotrkowie, w którym oskarżono grupę malwersantów, jak to podkreślono Żydów. Ku ubolewaniu redakcji prasa międzynarodowa nie nadała odpowiedniego rozgłosu tej aferze piotrkowskiej. Jest to problem ponadczasowy, a jednocześnie na wskroś polski – świat nie żyje naszymi problemami. Co oczywiście dziwnym jest.
Artykuł kończy się zdaniem: „W procesie różne ciekawe oszustwa żydowskie wychodzą na jaw, a szczególnie, jak to żydkowie skubali naszą szlachtę.” Nie żebyśmy popierali oszustów, ale na takie dictum możemy zadeklarować, że całym sercem jesteśmy z „żydkami”.

sobota, 16 listopada 2013

16 XI 1913, niedziela, Wielkopolanin: młodzież w proszku i zupy też


„Wielkopolanin” podaje temat ponadczasowy, czyli młodzież – oczywiście ta dzisiejsza. W 1913 roku autor gorzko konkludował swój artykuł jej poświęcony:
Ojczyzna, dla młodzieży akademickiej, to przedewszystkiem żłób, żłób opancerzony, w którym żreć można syto i bezpiecznie. Napróżno u ramion młodzieży szukalibyśmy skrzydeł – młodości. Jej młodość została skonfiskowana.
Jest to młodzież pozbawiona młodości.
Sto lat później dokonaliśmy szeregu przełomowych odkryć, takich jak pokolenie X i Y, lemingi, słoiki i zmywaki w Londynie. I gdzie tu skrzydła zapuszczać?

Na rozwinięcie skrzydeł kulinarnych miejsca nie pozostawia reklama Knorra, za to oferując menu w proszku na cały tydzień. Co wy na to? Wierzycie, że babcie gotowały swoje zupki na tych dziewiczo zielonych listkach warzywkach i rumianych pomidorkach z ogródka? Oj, już od dawna znały kostki, instanty i liofilizaty. Smacznego.

16 XI 1913, niedziela, Kurjer Poznański: koziołki pruskie, triumf nowoczesności, autoserwis i gęsia hydrozagadka


Dziś sporo interesujących informacji w „Kurjerze”. Po pierwsze, ciągnie się sprawa koziołków, którą śledzimy od samego początku. Robi się coraz bardziej politycznie. Na początku pomalowane na biało-czerwono koziołki były manifestacją polską. Tymczasem dziś się dowiadujemy, że mechaniczne kozły są „figlem prusko-niemieckim”. Hm...

W Nicei autobus zderzył się pociągiem i to elektrycznym! Zdarzenie dramatyczne, ale doprawdy będące apogeum nowoczesności.

Zainteresował nas również anons Antoniego Ambroszkiewicza, który to przy Strzeleckiej miał warsztat automobilowy. Zastanawialiście ile w Poznaniu w roku 1913 mogło być samochodów? Czy było ich dostatecznie wiele, by dziatki pana Ambroszkiewicza nie głodowały?
Dzięki "Statystycznej karcie historii Poznania" (20080 wiemy, że w 1915 roku wśród 161 dorożek było 8 samochodów. Niestety nie udało nam się dotrzeć do danych dotyczących aut prywatnych i pełniących inne zadania, niż dorożki, tudzież taksówki. Znacznie później, bo w 1924 roku po poznańskich ulicach przemieszczały się dokładnie 1403 automobile osobowe. Liczba ta z każdym rokiem wzrastała o kilkadziesiąt procent! Niestety ekstrapolacja wsteczna nie ma tu za bardzo sensu... Mamy jednak nadzieję, że z czasem dowiemy się co nieco z prasy lokalnej, a pan Antoni nie okażę się protoplastą „typowego Mirka”.

O tym, że sto lat temu cwaniaków nie brakowało dowodzi doniesienie o gęsiach pompowanych wodą. Współczujemy zarówno ptactwu, jak i oszukanym paniom domu.

piątek, 15 listopada 2013

Wielkopolanin i Postęp, piątek, 14 XI 1913

"Wielkopolanin" wyjaśnia tajemnicze "czterdzieści i cztery" z mickiewiczowskich "Dziadów". Na podstawie właśnie ujawnionej notatki można stwierdzić, że "podobno położył liczbę 44, nie wiedząc dlaczego tę liczbę, a nie inną, położył; położył ją, bo mu sama nastręczyła się w chwili natchnienia". AHA! Bo co innego możemy powiedzieć na takie wyjaśnienie?
Za to w "Postępie" notatka pod tytułem "Z mętów Warszawy", która zaczyna się zdaniem: "Warszawa należy do miast, gdzie dzieją się rzeczy, o których 'filozofom się nie śniło'". Czy jakiekolwiek poznaniaka trzeba do tego stwierdzenia przekonywać? 

środa, 13 listopada 2013

Dziennik Poznański, czwartek, 13 XI 1913

Proszę Państwa, ktoś musiał przetrzeć szlak dla Baracka Obamy. Właśnie w 1913 roku wybrano pierwszego w historii czarnoskórego burmistrza Londynu. Poza tym w Niemczech samo zło: tyfus, morderstwa i brakuje drobnych. Nie cichną też komentarze po procesie kijowskim o mord rytualny. A jakby co, to polecamy detektywa. W samym centrum – jego adres dziś to ul. Gwarna. O tym wszystkim w dzisiejszym "Dzienniku Poznańskim".

niedziela, 10 listopada 2013

Wielkopolanin, niedziela, 9 XI 1913

Z "Wielkopolanina" dowiemy się ilu Polaków mieszka w Prusach. W tym dzienniku reklamuje się także pewna słynna fabryka.

sobota, 9 listopada 2013

Wielkopolanin, sobota, 8 XI 1913

"Wielkopolanin" donosi o pruskim blamażu, polegającym na zakazaniu norweskiemu podróżnikowi wygłoszenia odczytu po... norwesku. Niestety wszystkie poznańskie dzienniki, w tym "Wielkopolanin", donosiły także o napięciu na Bałkanach. Oby to się jakąś wojną nie skończyło! Poza tym, wyszła nowa mapa. Jesteśmy jej bardzo ciekawi. Na koniec stawiamy Was przed nie lada wyborem: młode jamniki, czy młode piwo?

Kurjer Poznański, sobota, 8 XI 1913

Ledwie przedwczoraj świętowaliśmy powrót koziołków na ratuszową wieżę, a już dziś cała sprawa stała się mocno polityczna. O co poszło przeczytacie w dzisiejszym "Kurjerze". Ponadto dowiecie się o poważnych, uczciwych niemieckich zeppelinach, przeciwstawionych francuskim aeroplanikom i ich lekkomyślnym pilotom. Na koniec polecamy jedyną słuszną, bo poznańską czekoladę (tym razem bez dodatku pyrów).

piątek, 8 listopada 2013

Dziennik Poznański, sobota, 8 XI 1913

W "Dzienniku Poznańskim" dziś możecie przeczytać między innymi o tym, jak król Prus walczy z urojeniami. W dziale lokalnym o wyborach burmistrza Bojanowa – zgłosiło się... 110 kandydatów! A Pani Janinie składamy gratulacje (congratulations, félicitations) z powodu pomyślnego zdania egzaminów językowych. Nowy właściciel restauracji przy Zielonym Ogrodzie (ul. Strzelecka) zaprasza na poświecenie lokalu. Poleca się kiszkę z kapustą, a także piwo jasne z browaru Huggerów. Wiecie gdzie był browar?

Kurjer Poznańskie, piątek, 7 XI 1913

Na wieczór mamy proponujemy lekturę "Kurjera Poznańskiego". Tam poczytamy o oficerach serbskich, którzy pili wino ze strachu przed złą wodą. Nie są na obce takie lęki. Dalej jest o Turkach, którym Koran zabrania wina, więc piją wódkę i piwo. Z wiadomości lokalnych, redakcja jest na tropie afery kolonizacyjnej. A czytając o tym, jak oddział niemiecki przekroczył granicę Francji, ale posłusznie zawrócił po byciu pouczonym przez francuskim celników, można tylko ubolewać, że nie wszystkie konflikty w XX wieku udało się w ten sposób zakończyć...

czwartek, 7 listopada 2013

Dziennik Poznański, piątek, 7 XI 1913


Dzień dobry! Jest 7 listopada 1913 roku. Zaglądamy do "Dziennika Poznańskiego". Bardzo nas cieszy wiadomość o nadaniu praw wyborczych kobietom we Francji. Ponadto, w obszernym artykule redakcja zgłębia tajemnice duszy teutońskiej. A gdybyście chcieli coś do redakcji, to pamiętajcie, że rękopisy są niszczone.

środa, 6 listopada 2013

Kurjer Poznański, środa, 5 XI 1913

"Kurjer Poznański" zostawiamy sobie na wieczór. Lubimy w spokoju poczytać nowinki ze świata hi-tech. Wyobrażacie sobie, że filmowi może towarzyszyć dźwięk? I kolor? Przyjmie się? Za to pan Telesfor ze Żnina bezczelnie iluminował w uroczystości pruskie. Wytknął mu to pan Heliński. Pan Telesfor był pozwał w tej sprawie pana Helińskiego, w sądzie wygrywając, a swemu pruskiemu lojalizmowi wystawiając pomnik nieśmiertelny, gorzko konkluduje "Kurjer".

Wielkopolanin, środa, 5 XI 1913


Popołudniową porą zerkamy do kolejnego tytułu - "Wielkopolanina", który na pierwszej stronie zwraca dziś uwagę na perfidię Hakaty. My już znamy tę perfidię z porannej lektury "Dziennika Poznańskiego". Z przykrością dowiedzieliśmy się również, że ubywa nam braci Słowaków. Jak nie wiadomo dlaczego, to można się domyślać, że winni temu mogą być tylko Węgrzy. Z natury niepłodni, za to perfidnie niczym Hakata, madziaryzujący nam Słowaków.
Jeszcze kawałek naszej ulubionej powieści, zaczynającej się opisem hipsterskiego, tudzież marynarskiego życia...

Poznań 100 lat temu na Facebooku

Poznań 100 lat temu działa i ma się dobrze. Zapraszamy na Facebooka:  www.facebook.com/poznan100lat