Codzienny przegląd najświeższej poznańskiej prasy sprzed wieku.
Chcesz być na bieżąco z tym, co się dzieje w Poznaniu? Tylko gorące tematy i najnowsze wydarzenia. Nie zapomnij odjąć stu lat od aktualnej daty.
W grudniu, a dokładnie 17 grudnia gazety sprzed stu lat donosiły o pożarze zamku w Skwierzynie, tudzież Schwerinie. Zamek był opisywany jako jedna z najwspanialszych, o ile nie najwspanialsza rezydencja niemiecka. Czy po stu latach (i po pożarze) wygląda równie wspaniale? Postanowiliśmy to sprawdzić. Wygląda imponująco! Siedziba książąt meklemburskich wygląda jak z bajki.
Dziś jest to nie tylko muzeum, ale także miejsce obrad parlamentu landu Meklemburgia-Pomorze Przednie. Samo miasto jest ciągle nieodkryte. Chyba także przez samych Niemców. Przyciąga niespieszną atmosferą, czystymi ulicami i fantastycznymi miejskimi krajobrazami z porządnym rynkiem, strzelistą wieżą kościoła i właśnie zamkiem.
Gazety sprzed stu lat nawet dziś bawią, uczą i dostarczają pomysłów na weekendowe wycieczki. Polecamy! :)
Z wigilijnego wydania „Dziennika Poznańskiego” wybraliśmy kilka dość wariacki wątków. Otóż wiceprezydent Stanów Zjednoczonych podpisał umowę na występy w cyrku. Sto lat później mamy cyrk murowany. Stoi w stolicy, przy ulicy – nomen-omen – Wiejskiej. Popadamy w tani populizm?
* * *
Mamy też relację z interesującego eksperymentu, którego celem było określenie kto jest wariatem, a kto Emilem Zolą.
* * *
Skoro o wariatach mowa, to pewien Czech tak się ucieszył z wygranych na loterii 75 tysięcy koron, że 45 tysięcy spalił od razu w piecu. Szaleństwo czy czeski dystans do świata?
„Kurjer Poznański” utyskuje nad dynamicznym rozwojem turystyki konferencyjnej w Poznaniu, w którym odbędzie się zjazd nauczycieli niemieckich. Oczywiście będą się zastanawiać jak dziec nam germanić. Program przewiduje bogaty program incentive: „jakiś tam taniec narodowy” i „bierabend”. Czujecie klimat?
P. S. Wtrącimy małą dygresję: skecz pochodzi z jednego z dwóch odcinków „Latającego Cyrku Monty Pythona”, które powstały na zlecenie niemieckiej telewizji ARD. Nie wszyscy członkowie zespołu władali niemieckim, więc nauczyli się swoich kwestii fonetycznie.
* * *
Gdybyście chcieli uczyć się na pilota, to będziecie mogli w Pile. A w takim Koronowie pan Draheim znalazł kilka urn. Ich opis sugeruje, że są to urny twarzowe, czyli rzeczy typowa dla kultury pomorskiej (VII-III w p.n.e.), jakby kto pytał. Możemy spłycimy sprawę, ale my po prostu lubimy te zdziwione „dzióbki”. No i ten piercing. ;)
* * *
Na koniec artykuł o wychowaniu dziewcząt przez skauting, tudzież harcerstwo. Nas ujął pełen moralnego wzburzenia wstęp księdza doktora Lutosławskiego o tym, że mamy do czynienia z reakcją pogańską. Sto lat później będziemy mieli gender - jeszcze bardziej łakomy kąsek dla księży doktorów.
„Postęp” z końcem roku zaczyna nęcić potencjalnych prenumeratorów. Na pierwszej stronie reklamuje się jako „jedyne w zaborze pruskim katolickie i polskie pismo antyżydowskie”. Hm.
* * *
Przykuwa uwagę lakoniczna wzmianka o podwójnym morderstwie dokonanym przez hrabiego Mielżyńskiego.
* * *
W dziale reklam wzmianka o „żywym gwiazdorze” czekającym na dziatki w sklepie Kałamajskiego. Co ciekawego, już sto lat temu takie akcje uchodziły za amerykańskie.
* * *
W wydaniu świątecznym dodatek „Biesiada”. Z niego zaczerpnęliśmy już tradycyjnie czerstwy przedni dowcip i kawałek portugalskiego Fado.
Z „Dziennika” mamy wzmiankę o zdrowych małżeństwach. By się ożenić, tudzież wyjść za mąż, trzeba przedłożyć zaświadczenie lekarskie. Bardzo słusznie.
* * *
Gorączka przedświątecznych zakupów na ostatniej prostej, jeśli można tak powiedzieć. Jeśli nie macie prezentów, to mamy dla Was kilka pomysłów. Nam się marzy maszyna parowa.
Dziś zainteresowało nas kilka kąsków z „Dziennika Poznańskiego”. Dawno nie wspominaliśmy o naszym ulubieńcu sprzed stu lat, czyli z łaski Bożej cesarzu niemieckim, królu Prus, margrabim Brandenburgii, burgrabim Norymbergi, hrabim Hohenzollern, suwerenie i wielkim księciu Śląska oraz hrabstwa kłodzkiego, wielkim księciu Nadrenii i Poznania, księciu Saksonii, Westfalii i Angarii, Pomorza, Lüneburga, Szlezwiku, Holsztynu, Magdeburga, Bremy, Geldrii, Kleve, Julich i Bergu, jak również Wendów i Kaszub, Krosna, Lauenburga, Meklenburga etc. landgrafie Hesji i Turyngii, margrabim Górnych i Dolnych Łużyc, księciu Oranii, księciu Rugii, Fryzji Wschodniej, Paderborn i Pyrmontu, Halberstadt, Münster, Minden, Osnabrück, Hildesheim, Verden, Kamienia, Fuldy, Nassau, Mörs etc. uksiążęconym hrabim Hennebergu, hrabim Marchii, Ravensburga, Hohenstein, Tecklenburg i Lingen, Mansfeld, Sigmaringen i Veringen, panu Frankfurtu, etc. etc., dla przyjaciół Wilusiu.
Ponoć w 1913 roku krążyła anegdota, że jeśli nie chce się spotkać cesarza, to trzeba jechać do... Berlina. Istotnie, Wilhelm II lubował się w podróżach – tych służbowych i tych prywatnych (choćby corocznych rejsach swym jachtem). W każdym razie, będąc w Monachium walnął mowę, a jak już cesarz powie, to jest powiedziane. Dlatego też „sławił potęgę Niemiec na morzu i lądzie. Zadał też fundamentalne pytanie „czy potomkowie wielkich ojców, którzy zbudowali rzeszę niemiecką, są godni i zdolni spadek utrzymać”? A my na to: Monty Python.
* * *
Tymczasem w Pradze równe sto lat temu raczej nie siedzieli sobie z gazetką przy pilznerku i knedlach, a to z powodu strajku zecerów. Jeśli ktoś sto lat później nie wie o co chodzi, to przypominamy, że to zecerzy to byli ci goście, co ręcznie układali literki, żeby całość potem odcisnąć na papierze. Tak, kochani, tak powstawały książki i gazety.
* * *
Natomiast we Włoszech ruszył proces nauczycielki, która wyłudzała pieniądze, podając się za nieślubne dziecko królowej-matki Małgorzaty. Zastanawiamy się jak to wyglądało? Pani Pia Passini Rizzi podchodziła do kupca, przemysłowca lub zakonnicy i mówiła: – Buongiorno, jestem nieślubną córką królowej-matki, o której nikt nie wie, daj mi pieniądze. – Hm, córka królowej? A, to proszę... Z drugiej czy dziś takie rzeczy się nie zdarzają?
* * *
źródło: wyborcza.pl
Kończymy obszerniejszą relacją z odzyskania „Mona Lisy”, o czym pisaliśmy już wcześniej. – Przekonałem się kiedyś [...], że obraz można z łatwością zdjęć ze ściany. Tylko rama była nieco ciężka. [...] Schowałem obraz pod mą bluzą robotniczą i wyszedłem z Luwru – wyznał winny kradzieży Vincenzo Perrugia. Owe specyficzne standardy bezpieczeństwa, znane w Luwrze sto lat temu dobrze się przyjęły w poznańskim Muzeum Narodowym, skąd w równie „wyrafinowany” sposób skradziono całkiem niedawno „Plażę w Pourville”, notabene jedyny obraz Moneta w Polsce. Na szczęście obie historie łączy także to, że dzieła odzyskano, a za ich uprowadzeniem stały nie koniecznie merkantylne przesłanki.
13 grudnia (informacja dla przesądnych: w 1913 roku nie był to piątek) „Wielkopolanin” donosił o zakazie noszenia piór na kapeluszach w dużych miastach amerykańskich. Powodem jest zagrożenie, jakie niewątpliwie stanowią w metrze.
* * *
Grzywną ukarano orleańskiego biskupa. Za to, że obraził rodziców, twierdząc, że szkoła koedukacyjna to – wiadomo – „sodomia i gomoria”. Nie popieramy tego wyroku. Po pierwsze dlatego, że głupoty nie można karać. Głupota jest karą (choć bez waloru dydaktycznego – karany rzadko jest świadomy bycia karanym). Po drugie zaś, przez sto lat nic się nie zmieniło poza tym, że biskupi bardziej medialni i gadają więcej... A sądy już zapchane...
„Kurjer” w tonie raczej oburzonym pisze o niemieckiej pralni, która swe usługi realizuje poza Poznaniem, w samym mieście jedynie przyjmując zlecenia. Tymczasem, jak wiadomo, „[...] klijentela poznańska, zwłaszcza polska, najchętniej załatwia swe interesy na miejscu”. Z tego redakcja wywodzi myśl, że owa firma nieuczciwie sobie pogrywa na patriotyzmie lokalnym, sprawiając wrażenie, że jest na wskroś poznańską.
Nas zainteresowała na wskroś trzeźwa odpowiedź, chyba jeszcze bardziej aktualna sto lat później, czyli dziś, w dobie globalizacji:
„O patryjotyźmie lokalnym klijentów nie może być mowy. Publiczność załatwia swe interesy najchętniej tam, gdzie ją obsłuży się najlepiej i najtaniej.”
* * *
Skoro dziś już idziemy tak ostro, to kończymy reklamą scyzoryka. Wsam raz pod choinkę.
Dziś mamy datę niezwykłą: 11.12.13. O czym pisały poznańskie gazety sto lat temu? W „Dzienniku Poznańskim” między innymi o zaginionej ekspedycji podbiegunowej, a w dziale reklam gwiazdkowe przysmaki. Wśród nich lignickie bomby i... kartofelki marcepanowe. Takie rzeczy tylko w Poznaniu, tej!
„Kurjer” też wspomina o wyprawach z mroźne rejony, a to za sprawą medalu Scotta. Ciekawostką jest to, że można zobaczyć na rycinie jak on wygląda. Ilustracje i fotografie nie były powszechne w prasie codziennej sto lat temu. Właściwie nie było ich wcale. No, chyba, że w reklamach.
* * *
W Inowrocławiu dwie cyganki sprytnie podeszły pewną panią. Jak? Przeczytajcie sami. Dalibyście się nabrać?
* * *
Ostatnio mamy prawdziwy renesans gier planszowych. W co grano sto lat temu? O tym też przeczytacie w „Kurjerze” z 11.12.13.
„Dziennik Poznański” znów nam dyskretnie przypomina o zbliżających się świętach. Nie jesteśmy zwolennikami idealizowania „starych dobrych czasów”. Lektura prasy sprzed stu lat nie pozostawia złudzeń – Boże Narodzenie było wydarzeniem tak samo komercyjnym, jak dziś. W sklepie Ignatowicza przy Starym Rynku otwarto wielką wystawę zabawek. Reklamodawca podkreśla, że „zwiedzenie bez przymusu kupna”. Niech to powie rodzicom, którzy tam zajdą z dziećmi...
* * *
Z kluczborskiego gimnazjum wydalono dwóch uczniów. Powodem tego było czytanie przez nich polskich książek. Jeśli był to „Dom nad rozlewiskiem”, tudzież inne „pilipiuki”, to w pełni popieramy decyzję dyrekcji.
* * *
Aktorka Petersburska podczas gościnnych występów w Odessie podjęła próbę samobójczą na scenie. Ostentacyjność tego gestu, no i forma: kokaina w szampanie; no i to wszystko w roku 1913. Szczytowy moment La Belle Époque...
* * *
Na koniec skrawek notatki poświęconej użyciu radu w uprawie roślin. Niewinne początki epoki atomu.
W „Kurjerze Poznańskim” ujął nas nius pisany wierszem. Tego nawet „Fakt” dziś nie praktykuje. Jest o jajeczkach i ptaszkach. Przeczytajcie sami.
* * *
Tymczasem w Ameryce wymyślono koszulę z papierowym gorsem. Właściwie siedmioma – każdego dnia można jeden zrywać i „udawać przed światem, że się codziennie bierze świeżą koszulę”. Co więcej, na odwrocie gorsów znajdują się fragmenty powieści lub nowele, do poczytania w wolnej chwili. Na okoliczność tego wynalazku sprzed stu lat całkiem współczesna piosenka...
* * *
W 1913 roku uczeni, głównie biolodzy i zoologowie, protestowali przeciwko „mówiącym” koniom i pseudonaukowcom wciskającym różne takie koncepcje...
Minęło sto lat. Mamy katastrofę smoleńską i eksperta, którym jest niejaki profesor Końda, pardą, Rońda. Mamy niezbite dowody, że ten na pewno mówi. Niestety.
Szybki rzut oka na „Dziennik Poznański” z 22 listopada 1913 roku. Do Warszawy przyjechała Maria Skłodowska-Curie, by założyć pracownię radiologiczną. Można także znaleźć doniesienia o pierwszym statku, który przepłynął Kanał Panamski. Świat się zmienia.
Biskupi zapytali papieża czy tango jest zakazane. Papież poszedł w tango i zostawił biskupów z tą sprawą nierozstrzygniętą.
Ze świata także napływają wieści o ucieczce ze szpitala psychiatrycznego. Zdarza się wszędzie, lecz tym razem zbiegło ni mniej, ni więcej 1650 obłąkanych. Życzymy powodzenia.
Zaglądając do gazet sprzed stu lat można też trafić na informacje o buncie Indian, jeśli w ogóle można tak powiedzieć o protestach osób, zamieszkujących amerykańskie ziemie od setek lat...
Po wczorajszej przerwie (nasze ulubione gazety sprzed stu lat nic nie piszą o przyczynach, więc zgadujemy, że było to jakieś niemieckie święto) wracamy do przeglądu prasy. Czesi bezprzykładnie napadli na Wiedeń, nazywając go miastem zniedołężniałem. Ta czeska agresja...
Poza tym, „Dziennik” w tonie dramatycznym donosi o wzroście liczby rozwodów. Przy czym „najwygodniejszy z motywów do rozwodów, 'wstręt wzajemny utracił już na swej pierwotnej mocy”. Tendencja wzrasta do dziś. Prasa docieka przyczyn. My znamy przyczynę: podstawowym powodem rozwodów są śluby.
Na koniec anegdotka z poznańskich ulic: złodziej powstrzymał ścigającego go policjanta, rzucając mu pod nogi swój płaszcz. Z dokumentami. I jeszcze zagadka (do rozwiązania we własnym zakresie): jaką grę nazywano kiedyś pięstówką?
„Kurjer Poznański” zainspirował nas dziś do ponadczasowym utyskiwań nad mediami i sztuką. Te pierwsze oczywiście się „tabloizują”. Zajmują bzdurami, bo kiedyś to było inaczej! Sprawy były poważniejsze, a redaktor to był ktoś. I pisano na przykład o motylkach w listopadzie.
A sztuka? W Berlinie wystawiono spektakl, polegający na tym, że śpiewaczka Emma Destimowa wystąpiła w klatce z lwami. Publiczność była nieliczna, ale doborowa. Składała się bowiem ze „znakomitych artystów i gwiazd teatralnych”, jak na wernisażach w domach kultury.
Za każdym razem, gdy śpiewaczka choć trochę podniosła głos, lew leżący na fortepianie zaczynał groźnie mruczeć. Dlatego też występ w istocie był z playbacku. Głos dobywał się z ustawionego obok klatki gramofonu. A to wszystko równo sto lat temu, w roku 1913.
„Wielkopolanin” przynosi wieści z dalekiej Ameryki, ze stanu Oregon. 50 zamożnych kolonistów szukało żon. Właściwie domagało się dostarczenia im połowic: zdrowych, wesołych, rumianych i skromnych. „Czegoż to ludzie nie żądają od władzy?” pyta retorycznie redakcja. Jak żyć, chciałoby się dodać. Tymczasem rząd amerykański postanowił wspomóc swych kolonizatorów, rozwieszając ogłoszenie w całym kraju. Niestety ze skutkiem mizernym. Jedynie trzy panny – ufamy, że zdrowe, wesołe, rumiane i skromne – były łaskawe dać się dostarczyć do Oregonu. „Łatwo obliczyć, iż jeszcze 47 [kolonistów] wzdycha do stanu małżeńskiego, chyba, że ich do tego zniechęcił widok trzech swych 'szczęśliwych' towarzyszy”, kwaśno konkluduje „Wielkopolanin”.
* * *
Na koniec coś z „Postępu”. Dziennik ten epatuje czymś, co nas wyjątkowo osłabia, czyli antysemityzmem. Przeczytamy o procesie w Piotrkowie, w którym oskarżono grupę malwersantów, jak to podkreślono Żydów. Ku ubolewaniu redakcji prasa międzynarodowa nie nadała odpowiedniego rozgłosu tej aferze piotrkowskiej. Jest to problem ponadczasowy, a jednocześnie na wskroś polski – świat nie żyje naszymi problemami. Co oczywiście dziwnym jest.
Artykuł kończy się zdaniem: „W procesie różne ciekawe oszustwa żydowskie wychodzą na jaw, a szczególnie, jak to żydkowie skubali naszą szlachtę.” Nie żebyśmy popierali oszustów, ale na takie dictum możemy zadeklarować, że całym sercem jesteśmy z „żydkami”.
Są takie dni, gdy niewiele ciekawego się dzieje. Przecież nie poruszy nas lew, który zbiegł z cyrku gdzieś w Paryżu. Szczególnie, że nie okazywał żadnych zamiarów zaczepnych.
* * *
W 1913 roku przemysł motoryzacyjny stał przed dylematem: iść w opony czy w pełne koła? Pierwsze pękają, za to drugie są twarde. Za problem zabrał się Polak, pan P. T. Smulski. Uznał, że można amortyzację przenieść na oś. Sprytne. Tylko kto ma pełne koła w samochodach?
* * *
Na koniec coś z cyklu nierozwikłanych dylematów dietetycznych: masło czy margaryna?
„Kurjer” dziś pisał o oszukanych, bo napompowanych wodą gęsiach. Tymczasem w postępie znajdziemy opis jeszcze zuchwalszego, ba!, zgoła bezczelnego oszustwa gastronomicznego. Otóż pewien bydgoski rzeźnik sprzedawał restauratorom mięso z psa, utrzymując, że to pierwszej klasy skopowina. Nie wiecie co to skopowina? W gwarze wielkopolskiej jest to po prostu baranina.
W tejże samej Bydgoszczy mamy przykład wzorcowego samobójstwa. Delikwent poszedł nad rzekę, się rozebrał, zwinął schludnie rzeczy, opatrzył kartką z nazwiskiem, adresem i adnotacją, że przybył odebrać sobie życie, po czym się utopił. Co więcej, oszczędził zachodu z pogrzebem, zwłok bowiem nie odnaleziono.
Trochę żałujemy, że już nie ma takich poważnych dywagacji na temat życia na Marsie. To znaczy może i coś tam jest, ale co najwyżej jakieś pseudo-glony... A tymczasem w 1913 roku wielu poważnych astronomów dostrzegało sygnały świetlne nadawane z „Czerwonej planety”.
To może na koniec fraszka i dowcipas z „Biesiady”, niedzielnego dodatku do „Postępu”. Rozbraja nas poczucie humoru sprzed stu lat. Z drugiej strony jest tak samo śmieszne, jak „Kabareton” w Opolu, czyli wcale.
O czym dziś w "Kurjerze"? Nie wiemy jak wyglądała w 1913 roku obstawa sułtana Maroka, ale raczej groźnie... We Francji pewien światowiec przywdział habit. Natomiast z Anglii donoszą o kacie, przeciwniku kary śmierci, który zmarł hodowcą kur będąc. Ciekawe jak je uśmiercał przed przeznaczeniem na rosół? A na poznańskim Starym Rynku "gruba swawola" - tokarz wybił dużą szybę. Może próbował się dostać bokiem do jednego z klubów go-go, z których słynie dziś poznański rynek? W każdym razie, grubo! :)
Proszę Państwa, ktoś musiał przetrzeć szlak dla Baracka Obamy. Właśnie w 1913 roku wybrano pierwszego w historii czarnoskórego burmistrza Londynu. Poza tym w Niemczech samo zło: tyfus, morderstwa i brakuje drobnych. Nie cichną też komentarze po procesie kijowskim o mord rytualny. A jakby co, to polecamy detektywa. W samym centrum – jego adres dziś to ul. Gwarna. O tym wszystkim w dzisiejszym "Dzienniku Poznańskim".
Zaczynamy od lektury "Wielkopolanina", a w nim wielka reklama płaszczy. Nasz ulubiony model to "Niech żyje Poznań". A Wasz?
Poza tym o zbiegach, którzy próbowali uniknąć kwarantanny w szopie i o hutniku Mikosie, który nosił... suknie. I brodę... To na deser taki oto skecz, zresztą w kwestii mody nawiązujący znakomicie do epoki sprzed stu laty.
Dziś zaczniemy czymś nieco innym. Pamiętacie reklamę wytwórni płytowej Głos swego pana (lub oryginalnie His Master's Voice) z "Głosu Wielkopolanek"? W jej katalogu na rok 1913 znalazło się między innymi to nagranie.
Było ono wykonane przez tenora wszech czasów, który był jednym z pierwszych, który swą bez mała światową karierę zawdzięczał technologii umożliwiającej rejestrację dźwięku. Zacznijcie dzień przebojem sprzed stu lat. Czy wtedy poznaniacy także słuchali boskiego Caruso?
"Wielkopolanin" przynosi sporo elektryzujących wieści ze świata. Najpierw o ekspedycji Brytyjczyka Scotta na biegun północny. Jakże rozczarowany był niedoszły odkrywca bieguna Scott, gdy na miejscu zastał flagę norweską... Poza tym coś o żonie oficera, która zastrzeliła sługę swego męża, przystawiającego się do niej. Podobną rzeczy na swym nauczycielu (tzn. zastrzelić, nie przystawić się) pragnął uczynić bezskutecznie student z Moguncji. Ta dzisiejsza młodzież. Jeśli zapomnieliście, że Niemcy w 1913 należały do państw kolonialnych, to przypomni Wam o tym notatka z Afryki. Nasz niepokój i bez tego rośnie. Nic o rogalach, nic o świętowaniu... Co Wy na to?!
W "Dzienniku Poznańskim" z 11.11.1913 roku dowiadujemy się o niebezpiecznych, uwodzicielskich brunetkach. Sędzia z Kalifornii dowodzi, że to one w znakomitej większości są odpowiedzialne za zdrady małżeńskie. Poczytamy także o darze japońskiego premiera Katsury, który tokijskiemu uniwersytetowi zapisał swój mózg. Uspokajamy, że przekazanie nastąpiło dopiero po śmierci darczyńcy. Ten cenny organ ważył 1600 gramów - tyle co mózg Kanta i o 200 g mniej od mózgu Bismarcka. Dalej krótka wzmianka o wypadku książęcego automobilu, który potrącił dziewczynkę. Wieszczymy, że za sto lat takie wypadki niestety staną się sporym problemem. Ani słowa o Świętym Marcinie, ani o rogalach! Na osłodę cacao i czekolada (polecane jako środek wychowawczy). Niestety to nie to samo... :/
10 listopada 2013 przypadał w poniedziałek, a poniedziałek sto lat temu był takim dniem, w którym nie ukazywały się gazety codzienne. Nie oznacza to, że zostawiamy Was bez lektury. W takie dni będziemy zaglądać do tygodników i miesięczników. Dziś "Głos Wielkopolanek". To obszerne (44 strony!) czasopismo ma bardzo bogaty dział literacki, a także - uwaga - dział ze zdjęciami ze świata. Na początek coś lekkiego: fakir, który kufry podnosi... powiekami (jest foto!) i kilka dowcipów z działu humorystyka. Uśmialiście się? :))
W "Dzienniku" także reklamy rogali świętomarcińskich. 11 listopada już naprawdę blisko. Poza tym zajmująca kwestia życia pozaziemskiego, a dla lubiących odrobinę hazardu wyniki loterii.
"Postęp" w swym wydaniu świątecznym ukazuje się z dodatkiem "Biesiada". W nim trochę poezji i trochę humoru. Także porady dotyczące doboru światła i elektryzująca wiadomość z Czarnkowa.